Rozdział XII



Nina's POV

Dzisiaj miało TO nastąpić.
Dzisiaj miał nastąpić punkt kulminacyjny relacji Diana-Arek.

  Już wiem, skąd ten pojebany sen- boję się jak cholera. Diana zmusi mnie wręcz do tego, bym to właśnie JA podrzuciła ten wiersz Arkowi.

  Skąd to wiem? Oj, za dobrze ją znam. W takich rzeczach to ona jest górą, a ja tylko z westchnieniem robię to, czego ona sobie życzy. Jesteśmy przyjaciółkami. Znamy się na wylot. Mogłybyśmy z całkowitym spokojem zagrać w grę Quizwanie, w której pytania dotyczyłyby naszych upodobań, naszych poglądów, naszych sekretów czy marzeń i odpowiedziałybyśmy na większość nawet bez spoglądania na podane możliwości.

  Bez dalszych refleksji wzięłam z biurka napisany odręcznie na papeterii wiersz i włożyłam go ostrożnie między kartki podręcznika do biologii. Ułożyłam ostrożnie książki w torbie i starając się nie myśleć o tym, co dzisiaj nastąpi, zaczęłam się ociężale ubierać. Włożyłam na siebie czarną bluzkę  z dekoltem w serce  na grubych ramiączkach i biały żakiet. Na nogi naciągnęłam jedne z moich ulubionych spodni- morskie rurki. Jeśli już miałam dzisiaj wykonywać mission impossible to z wielkim stylem... Na szyję włożyłam gruby naszyjnik i spojrzałam w lustro z lekkim uśmiechem- wyglądałam naprawdę świetnie! To musi być naprawdę dobry dzień! Nawet stres związany z tym głupim listem nie odbierze mi tego- tak przynajmniej próbowałam sobie obiecać.

photo

    W szkole, gdy ledwie zdążyłam przekroczyć próg szatni, gdy za mną naprędce wleciała Diana. Nie miałam zielonego pojęcia skąd ją tam przywiało. Nie widziałam zupełnie momentu, kiedy wchodziła do szkoły. Może byłam zamyślona, już sama nie wiedziałam o czym tak właściwie rozmyślałam. Ach tak, ten list.. On odciąga całą moją uwagę od czegokolwiek innego. Już sama zaczynałam mieć wątpliwości, co do słuszności tej całej "Akcji Arkadiusz"...

  Diana pędem wbiegła do naszej klasowej szatni i powiedziała z radością: -Mam plan!. Zdziwiło mnie to z lekka, bo myślałam, że chociaż upewni się, że mam ten wiersz, nie mówiąc już o zapytaniu, czy w ogóle go napisałam. Zapytałam, więc: -Skąd ta pewność, że go mam, hę? Diana nawet nie podnosząc głowy znad wiązanych przez siebie sznurówek odparła: -Bo wiem, że go masz. Nie zawiodłabyś mnie. Jej słowa przeniknęły moje serce- ona naprawdę bezgranicznie mi ufa... Jakbym była jej aniołem co najmniej. 

  Sama nie wiem, dlaczego zaskoczyły mnie jej słowa. Przecież to chyba świetnie, że mam kogoś, kto ufa mi, jak nikt inny. Jeszcze do niedawna przyjęłabym te słowa ze zwykłym uśmiechem, nie zważając nawet na wagę wypowiadanego stwierdzenia. Czemu więc, teraz tak bardzo te słowa dotknęły mojego serca? Przecież nie miałam nic na sumieniu! No, może nie tak do końca, jestem w końcu tylko człowiekiem. Jestem zwyczajną Niną Malicką. Jak każdy popełniam błędy, ale czy są one tak poważne, że powinnam się zawahać nad stwierdzeniem, że można mi zaufać?

  -Ok, więc jaki jest twój plan?- zapytałam. W tej samej chwili poczułam wibracje w tylnej kieszeni spodni. -Zaraz ci wszystko opowiem co i jak.- odpowiedziała. Wyjęłam więc telefon w oczekiwaniu na odpowiedź Diany. Odblokowałam ekran i spostrzegłam, że to Damon napisał do mnie z samego rana. 'Dzień dobry skarbie. Miłego dnia. Całuję xx'



Na same te słowa uśmiechnęłam się. Diana spostrzegła mój nagły entuzjazm i popatrzyła mi przez ramię czytając moją wiadomość na głos. Żebyście widzieli wtedy jej minę...
-Nina?!! Czy ja o czymś nie wiem??- prawie wrzasnęła. Powstrzymało ją od tego jedynie wejście do szatni osób postronnych. Machnęłam ręką.
-Diana, ja sama nie ogarniam tego ostatniego weekendu, okej? Opowiem ci wszystko, ale chodźmy już do klasy. Poza tym, najpierw chcę usłyszeć twój cudny plan.- powiedziałam spokojnie, robiąc palcami cudzysłów na słowie "cudny". Wierzcie mi, jej pomysły nigdy nie są cudne. Zwłaszcza dla mnie, bo to JA jestem tą od czarnej roboty...
  


Arek's POV

  Dzisiaj będzie ważny dzień. Będziemy grać mecz z III G. Mimo, że są naszymi rówieśnikami to i tak nie mają szans. To III H dziś zatriumfuje i nie ma innej pieprzonej opcji. Niech nawet sobie nie myślą, że strzelą nam jakieś bramki z pięknie przemyślanej strategii. Łukasz obroni dziś każdą piłkę, w końcu będzie grał w koszulce z wygrawerowaną na piersi pierwszą literą imienia jego cheerleaderki Agnieszki.

  Kutas jest w niej zakochany. Czasem, gdy widzę jego i Agnieszkę miziających się do siebie na przerwie to mam ochotę powiedzieć mu, że jest totalnym kutasiarzem, że dał się usidlić jakiejś panience. Jak można marnować sobie lata młodości wikłając się w jakimś związku, który prędzej czy później i tak zakończy się fiaskiem a rekonwalescencja po złamanym sercu trwa długie tygodnie, czasem i miesiące? Rozumiem, że chce czasem poruchać jakąś laskę, bo jak to my, faceci, mamy swoje potrzeby, ale po co w to wszystko mieszać uczucia?

  Popatrzyłem na pomarańczową odblaskową koszulkę drużynową, złożoną w kostkę, leżącą na moim łóżku. Czekała na to, aż ją spakuję. Obok numeru "16" miała nadrukowaną literkę "N". "N" jak Natalia. Ta pizda nie zasługuje na to, bym nosił jej inicjał na koszulce ligi i z nim na piersi strzelał bramki. Za każdym razem, gdy polajkuję jej zdjęcie na fejsie ma pewnie kisiel w gaciach. Za każdym razem, gdy uśmiechnę się do niej od niechcenia, myśli, że jest zabawna. Ona myśli, że coś dla mnie znaczy.
Gówno dla mnie znaczy.
Jest tylko zwykłą cheerleaderką, która trzęsie pomponami.
Nudzi mnie już to wszystko. Chcę od życia więcej. Tak właśnie myślałem.

  Obojętny na wszystko wrzuciłem koszulkę do mojego plecaka z Nike. "N" jak Nike, bogini zwycięstwa. To dobry znak. Wygramy. To będzie dobry dzień.


Nina's POV

  Wiedziałam, że pomysł Diany na pewno będzie popierdolony, ale że AŻ TAK? Idziemy w ciszy do klasy na matematykę, ja w myślach powtarzam wzory trygonometryczne, a ona nagle wypala, ni z gruchy ni z pietruchy coś takiego: "Gdy Arek będzie na meczu, wejdziesz do ich szatni i włożysz mu do plecaka wiersz". Bardziej brzmiało to jak "gdy-arek-będzie-na-meczu-wejdziesz-do-ich-szatni-i-włożysz-mu-do-plecaka-wiersz", bo powiedziała to wszystko na jednym oddechu, jakby chciała mieć już wreszcie za sobą wypowiedzenie tej kwestii. Bała się mojej reakcji, a ja bałam się jej, dlatego pierwszą odpowiedzią, jaką jej dałam, był wyraz twarz, który ani trochę nie wyrażał aprobaty na jej głupi pomysł.
-Chyba cię pojebało, Diana.-wykrztusiłam z siebie, nie bardzo mając pojęcie jak może na to zareagować.
-Nie. To dobry pomysł, jeśliby się nad tym trochę dłużej zastanowić niż 5 sekund, jak zajęło to właśnie TOBIE.- stwierdziła już mniej strachliwie. -Bo po pierwsze -kontynuowała- nikt cię nie przyuważy, a ZWŁASZCZA Arek.
-A są jakieś kolejne argumenty na "tak"?- zapytałam z drwiącym uśmieszkiem.
-Nie, jest tylko jeden, ale wystarczająco dobry.- odpowiedziała i przeszła pierwsza przez próg klasy, nawet na mnie nie czekając. W tym momencie miałam ochotę ją własnoręcznie zabić, ale niestety chyba zabraniał tego szkolny regulamin. It sucks...

  Dziś chyba pierwszy raz w mojej karierze uczniowskiej pragnęłam by te trzy lekcje poprzedzające długą przerwę, na której odbędzie się mecz, trwały jak najdłużej. Na matematyce zdążyłam już opowiedzieć Dianie ze szczegółami moje weekendowe przygody z Damonem i pokazać jej wiersz, który napisałam w niedzielny poranek. Diana oczywiście postawiła własną diagnozę, że zakochałam się w Damonie i ten świetny wiersz, jest tego efektem. Wyśmiałam ją i powiedziałam jej prosto w oczy, że to było tylko jednorazowe spotkanie i że nie czuję nic do Damona. Mój jedyny argument był taki, że nie ma sensu się w to angażować, bo on i tak niedługo wraca do Australii. Ha, jedyny, ale wystarczająco dobry, jakby to powiedziała Dianka. Ona w sumie i tak mi nie uwierzyła. Wie swoje. I może wie nawet lepiej ode mnie, bo ja chyba próbuję samą siebie oszukać. Po tym fantastycznym spotkaniu w kawiarni i jeszcze lepszym wieczorze u niego w domu, chyba naprawdę coś we mnie drgnęło, ale próbuje tego "cosia" nie dopuszczać do głosu. Mam maturę na głowie, a on i tak niedługo wyjeżdża! Wiem, że się powtarzam, ale taka przecież jest prawda. Na miłość przyjdzie czas. Nie mogę pozwolić, by moje słabości wzięły nade mną górę.

  Ani się obejrzałam jak zabrzmiał dzwonek na przerwę. Długą przerwę...
-Chodź szybko, szybko!-Diana pociągnęła mnie za rękę i pędem wybiegłyśmy z klasy, co zwróciło uwagę nie tylko nauczyciela chemii, ale i większości uczniów. -No, więc słuchaj -zaczęła po raz setny streszczać mi po drodze swój plan.-Ja będę stała w witrynie drzwi na salę i obserwowała bieg wydarzeń. Ty tylko ostrożnie wemskniesz się do szatni chłopców z III H i znajdziesz czarny plecak "najki". Wsadzisz ostrożnie kopertę z listem, żeby się nie pomięły i wyjdziesz niepostrzeżenie, dołączając do mnie. To całkowicie bezpieczny plan działania. Poczuj się jak James Bond i do dzieła!- wyjaśniła pokrótce.

  Aha. Łatwo mówić, gdy jest się tylko donorem pomysłów, a ktoś inny musi wykonywać takie dziwaczne akcje. Nie miałam jednak żadnego wyjścia, jak tylko przystać na jej rozkaz i modlić się, by wyjść z tego cało.

"Boże, użycz mi pogody ducha

Abym godził się z tym
Czego nie mogę zmienić

Odwagi
Abym zmieniał to
Co mogę zmienić

I mądrości
Abym odróżniał jedno od drugiego"

Niby proste, ale za cholerę nie potrafię odgadnąć, czy mogę zmienić moją uległość w stosunku do Diany, czy wręcz nie powinnam tego robić. Jestem zdezorientowana. Totalnie.


Diana's POV

  To musi się udać. Nawet nie przyjmuje innej opcji. Arkowi na pewno spodoba się mój wiersz, choć może nie do końca napisany przeze mnie, ale przecież jest od serca. Od mojego serca. Wiem, że na pewno jego zdzirowate koleżanki nigdy nie zdołałyby wysilić się na taki happening, jak skryte ofiarowanie chłopakowi swojej duszy, w postaci własnoręcznie napisanego wiersza. To nie ten typ dziewczyn. Nie ta liga, w porównaniu do mnie i Niny. Tak właściwie nie wiem, co Arkadiusz uważa o tym ich całym pindowatym zachowaniu, bo nie potrafię wyczytać tego z jego kamiennego wyrazu twarzy, jaki co dzień zakłada, ale w sercu czuję, że on nie leci na takie panienki. On taki nie jest. I ja to wiem.

  Kiedy dotarłyśmy już na salę gimnastyczną, mecz właśnie się zaczynał. Nina spokojnie oparła się o framugę, a ja wypatrywałam niespokojnym wzrokiem Arka, który żegnał wzrokiem swoje cheerleaderki. Na przedzie wybiegających z sali dziewczyn była jego osobista cheerleaderka Natalia. Tylko ją kojarzyłam z nich wszystkich. Może nie tak do końca znałam ją osobiście, ale znałam ją w taki sposób, w jaki zna ją reszta szkoły. Chyba nie da się nie zauważyć jej osoby i tego jak bardzo napawa się tym, że jest kapitanem cheerleaderek III H i że ma przy sobie króla ligi szkolnej-Arkadiusza.

  Nie stanowiła dla mnie jakiejś wielkiej konkurencji nie do pokonania. Raczej irytowała mnie swoim zachowaniem. Bardziej zdzirowatej uczennicy niż ona chyba nie zdołasz znaleźć w tej szkole, a chodzą tu różne idywidua. Cholerna suka, nie powinnam nawet zwracać uwagi na to COŚ w kusej spódniczce i bluzeczce z deloltem w literę "V".

  Kiedy mecz już się rozpoczął i trwał już jakieś kilka minut, Nina z obojętnym wyrazem twarzy poklepała mnie za mną po ramieniu i ruszyła niepewnym krokiem w stronę męskich szatni, które znajdowały się niedaleko drzwi sali gimnastycznej, po przeciwnej stronie korytarza. Jej wzrok niewiele wyrażał, ale widziałam jak cholernie niepewnie się z tym czuje, niosąc w ręku amarantową kopertę z wykaligrafowanym imieniem "Arek". Trochę ciężko mi było z tym, że niemal przymusiłam ją do tego, ale prawda jest taka, że ja nigdy bym się na to nie odważyła. Ciężko mi przyznać, nawet przed sobą, że nie jestem tak pewna siebie jak ona. Dziękuję Bogu za to, że mam tak kochaną i oddaną przyjaciółkę, która jest mi w stanie pomóc nawet w najtrudniejszych chwilach.

  Mecz z każdą kolejną sekundą stawał się coraz bardziej agresywny. Piłki latały po boisku jak petardy na sylwestra, i co rusz któryś z chłopaków dopuszczał się faulu. Był też i on. Grzegorz Sarna, na którego nie wiedzieć czemu wszyscy mówią Dudek. Jakby był jakimś ptakiem czy coś. Trudno było mi na niego spojrzeć inaczej, niż jak przez pryzmat piątkowego wieczoru, gdy stał w klasie z opuszczonymi spodniami z zakłopotaną miną i erekcją w bokserkach. Teraz wyglądał mniej niewinnie, gdyż nie grał łagodnie, jak wyglądał wtedy.

  Nie grał fair play. Kilka razy sfaulował osobników drużyny przeciwnej, czego jednak nie zauważył sędzia, pomimo oburzenia drużyny III G. Biegał po boisku z szelmowskim uśmieszkiem, co nie podobało się przeciwnikom. Jak to uczyli nas w epoce romantyzmu: "Nie ma winy bez kary". "Dudek" chyba jednak spał wtedy na lekcji polskiego, bo czuł się bezkarny. Chciał być tym, który strzeli bramkę w tym meczu. Chciał się poczuć ważny. Zapewne też chciał zdobyć uznanie dziewczyn, a w szczególności tych dziuń z jego klasy.

  I w końcu nadarzyła się okazja. Grzesiek zaczął przeć do przodu z wielką prędkością na bramkę przeciwnika, nie podając piłki nikomu. Bardzo zależało mu na osobistej chwale. Pewnie brakuje mu w życiu osoby, która by go mogła podbudować w pewien sposób. Ku mojemu zaskoczeniu nawet mu nieźle to wszystko wychodziło. Nie dał sobie odebrać piłki. Do czasu jednak. Kiedy zbliżał się już do bramki by oddać strzał, ni stąd ni zowąd na horyzoncie pojawił się chłopak z numerem 69 na koszulce (pewnie jakiś fan "50 twarzy Greya", czy coś). Biegł dosłownie na Sarnę. Ten, nieświadomy niczego dalej parł na bramkę z niesamowitą szybkością i zwinnością. Jednak numer 69  był raczej bardziej zwinny, bo to, co za chwilę zrobił na pewno nie było przypadkowe. Gdy znalazł się przy Dudku z całej siły zamachnął się i udając, że celuje w piłkę, zwalił go z nóg, z ogromną siłą kopiąc go pod kątem w piszczel.

  Nim się ktokolwiek obejrzał Dudek już leżał na ziemi z podkulonymi nogami i ogromnym grymasem na twarzy. Cała uwaga widzów skupiła się teraz tylko na nim. W pewnym sensie jednak dopiął swego i wzbudził powszechne zainteresowanie swoją osobą. Sędzia podbiegł do niego i zaczął o coś go pytać, czego już nie mogłam usłyszeć bo stałam dość daleko. Cała sala zamarła. Wyglądało to naprawdę niefajnie. Pomijam fakt, że faceci mają nadzwyczajne skłonności do wyolbrzymiania swoich dolegliwości chorobowych czy urazowych.

  Wszyscy członkowie drużyny zebrali się wokół Sarny i z politowaniem patrzyli na niego. Wyglądało to, jakby byli gotowi przyjąć na siebie jego niedolę. Braterskie więzi między przyjaciółmi płci męskiej znacznie przewyższają więzi między dziewczynami. Próbowałam też dostrzec kapitana ich drużyny, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Cholera, gdzie on się podział?


Nina's POV

  Dotarłyśmy z Dianą pod salę gimnastyczną. Oparłam się o framugę drzwi, zachowując twarz zupełnie bez wyrazu (Arkadiusz ma chyba na mnie jakiś wpływ). Prawda jest taka, że cholernie się bałam. W brzuchu coś mnie ściskało, a ja wciąż miałam nadzieję, że Diana powie, że jeśli nie chce, to nie muszę jej w tym pomagać, bo już wystarczająco dużo dla niej zrobiłam, jeśli chodzi o jej crusha. Ha! Pomarzyć sobie mogłam, bo nie było szans by tak zrobiła. Nie chcąc więc już tego przedłużać w nieskończoność, po krótkiej chwili od rozpoczęcia meczu, poklepałam ją delikatnie po ramieniu, dając znak, że ruszam na misję.

  Logicznie rzecz biorąc, ta misja nie miała prawa się nie udać, przecież zawodnicy są na meczu a nikt nie pałęta się ot tak po korytarzu, więc na 100% nie zostanę przyłapana.

  I z taką nadzieją ruszyłam ku szatni chłopców III H.

  Otworzyłam ostrożnie drzwi i wślizgnęłam się do środka, pilnując, by nikt mnie nie spostrzegł. Zamknęłam za sobą drzwi najciszej jak tylko byłam w stanie i ruszyłam w poszukiwanie czarnego plecaka Nike. Nie było to wcale wbrew pozorom takie proste, bo szatnia chłopców pod żadnym pozorem nie przypomina szatni dziewczyn. Tu, ubrania walają się wszędzie, a co dziwi mnie najbardziej, wszystkie inne rzeczy niezwiązane ze sportem, są porozwalane po ławkach, jakby mieli tu co najmniej nocować, a nie przebrać się tylko na kilkanaście minut meczu. Faceci... Ich chyba nie da się ogarnąć.
 
  Zaczęłam przebierać między stertami porozrzucanych ubrań, szukając plecaka Arka. Czas jakby przyspieszył w niewyobrażalnym tempie, tak że wydawało mi się, że lada moment chłopcy wpadną do szatni, zgrzani i spoceni po wyczerpującym meczu i zobaczą mnie, przegrzebującą się przez ich rzeczy. Musiałam się spieszyć, tylko że nie było to zbyt łatwe zadanie.

  Po długich minutach, okupionych wielkim strachem, w końcu udało mi się znaleźć ten zasrany plecak. Leżał rozpięty w nieładzie, z którego niemal co, wysypywały się zeszyty. Ułożyłam go delikatnie, by nie wywalić wszystkiego na ziemię, wyjęłam jakiś zeszyt i włożyłam między jego kartki kopertę z listem. Już miałam chować go do plecaka i zwiewać, kiedy moją uwagę zwróciły niecenzuralne rysunki na ostatniej stronie zeszytu. Pomijając ich treść, stwierdziłam, że Arek całkiem nieźle rysuje. Nie był to raczej nikt z jego kolegów, bo swoje dzieło okupił podpisem, tak, że byłam niemalże pewna, że to jego ""dzieła"". Zaintrygowana, wyjęłam z plecaka inny zeszyt i od razu przewróciłam na ostatnią stronę. Nie rozczarowałam się, bo widniał na niej inny rysunek, nie odstający w niczym od poprzedniego. Był równie świetny technicznie. Treść nieco wulgarna, ale to również przyciągało uwagę, tak że nawet zdołała mnie rozbawić.

  Powinnam już dawno wyjść, ale chciałam zobaczyć jeszcze tylko jeden rysunek. Te obrazki były genialne. On chyba nic innego nie robi na lekcjach tylko rysuje. Wyjęłam trzeci zeszyt z plecaka, kiedy nagle usłyszałam bieg w stronę szatni.

Cholera..

  Szybko wrzuciłam nieporadnie zeszyt do plecaka i ruszyłam pędem w stronę drzwi. Może jeszcze mi się uda wyjść niepostrzeżenie- miałam nadzieję w duchu. Złapałam lekko klamkę, ale szarpnął nią ktoś inny -do szatni wbiegł Arek, wpadając wręcz na mnie.

Jasny gwint!

  -Co ty tu...?- zaczął zdziwiony, ale nie dokończył pytania, gdyż w tej samej chwili, niedbale rzucony przeze mnie wcześniej zeszyt, uległ prawu grawitacji i z hukiem spadł na ziemię, w najmniej odpowiednim momencie.

Nie było już dla mnie ratunku...
_____________________________________

Would you love me, would you love, if I wasn't such a jerk?
I don't think so!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz